czwartek, 15 marca 2012

O naprawie pojęć



Już w poprzednim poście zanalizowałem rozdźwięk między właściwym, tj. uprawnionym znaczeniem wyrazu a sposobem użycia, który istnieje w rzeczywistości. W tym poście chciałem w pewnym sensie kontynuować ten wątek. Konfucjusz, chiński myśliciel za jedno z podstawowych zadań dla ludzi jego czasów uznał "naprawę pojęć". Chodziło tu o zepsucie pojęć, jako właśnie zmianę ich klasycznego, uświęconego tradycją znaczenia. W moim mniemaniu taką regresywną zmianę możemy zauważyć w przypadku tak podstawowych i ważnych pojęć w społeczeństwie jak sędzia i nauczyciel.

Po pierwsze nauczyciel oznaczało kiedyś osobę, która przekazywała wiedzę, ale również w pewien sposób wychowywała, dawała gwarancję swoim autorytetem i ten autorytet wymagał szacunku. Relacja nauczyciel-uczeń niosła ze sobą istotną treść, nie była tylko formalną więzią wynikąjącą mechanicznie z czynności uczenia (a raczej nauczania). Nauczyciel to był ktoś, kto oprócz wiedzy, która ma charakter w pewien sposób namacalny, uchwytny, formalny, obiektywny przekazywała mądrość, która tych cech nie posiada.
Dziś natomiast w związku z upowszechnieniem nauczania, "uwłaszczeniem" wszystkich w możliwość (a raczej obowiązek!) nauki słowo to zmieniło znaczenie. Dziś nauczyciel nie jest autorytetem intelektualnym, przewodnikiem naukowym, lecz wyłącznie URZĘDNIKIEM MINISTERSTWA SZKOLNICTWA. W związku z przeprowadzaniem zajęć w grupach (tzw. klasach) nauczenie straciło swój indywidualistyczny charakter i zatarła się pewna transcendentna więź między uczniem a nauczającym. W związku ze spętaniem nauczyciela regulacjami i wtycznymi ministerialnymi (jak przystała na urzędnika) przekazywanie wiedzy straciło swój indywidualistyczny wymiar a konieczność przykładania tej samej miary to wszystkich uczniów sprawiło, że wiedza jest przekazywana mechanicznie i niezależnie od odbioru (czy też jego braku) - uczenie jest celem samym w sobie, pozbawionym refleksji i nie zwracającym uwagi na wynik i realne zrozumienie.

środa, 14 marca 2012

Człowieczeństwo


W debatach etycznych powszechnie spotykane jest używanie, szczególnie w wypowiedziach przedstawicieli Kościoła Katolickiego określenia "człowieczeństwo". Stosowane ono jest na określenie cech człowieka, które ogólnie moglibyśmy uznać za pozytywne, wzniosłe, etyczne, dobre w rozumieniu etyki chrześcijańskiej. Moim zdaniem ten sposób używania zawiera w sobie błąd. Budowa, struktura językowa tego wyrazu przekonuje mnie o tym, że słowo to oznacza 'zespół cech, które są powszechne, reprezentatywne, występujące u wszystkich przedstawicieli gatunku człowiek'. Potwierdza to definicja http://pl.wikipedia.org/wiki/Cz%C5%82owiecze%C5%84stwo
W rozważaniach etycznych do katalogu cech, które należą do zbioru cech konstytuujących człowieczeństwa zalicza się ogólnie moralne postępowanie i wiele szczegółowych określeń z tego wynikających: pomoc bliźnim, uczciwość, odwagę, skromność, itd.
W moim mniemaniu jednak człowiek zasadniczo (a przecież w tym sensie należy rozpatrywać pojęcie ogólne człowieczeństwo) nie posiada tych cech w takim natężeniu, żeby móc postawić równość między człowiekiem (i w konsekwencji ogółem właściwości jemu przynależnych, czyli człowieczeństwem) a wysoce moralnym postępowaniem. Należy przecież brać pod uwagę po pierwsze człowieka typowego, niewyjątkowego a po drugie należy zanalizować człowieka od momentu jego pojawienia się do czasów współczesnych, nie skupiając się jedynie na dzisiejszej wersji. Takie badanie moim zdaniem nie pomoże uzasadnić tezy o człowieczeństwie człowieka w tym znaczeniu, które dzisiaj ma to słowo.
Abstrahując od tego, że takie użycie tego słowa jest poprawne, to jednak moim zdaniem głębsza analiza językowa pozwala poddać w wątpliwość tożsamość "prawdziwego" znaczenia i sposobu jego użycia.
(Niestety nie mam informacji, czy od zawsze używano w ten sposób tego wyrazu - informacja ta byłaby ciekawa, zwłaszcza, jeśli dotyczyłaby również innych języków, np. łaciny). Komentatorzy mianowicie używając słowa człowieczeństwo posługują się nim opisując przymioty, które CHCIELIBY, ŻEBY CZŁOWIEK POSIADAŁ. Jest to opis cech postulowanych, wymarzonych, tych, które są celem do osiągnięcia i kierunkiem rozwoju. Jest to pomylenie sfery rzeczywistości, bytu od sfery powinności, czy tego, co życzymy sobie, żeby było. Należy odróżnić FAKTY OD WARTOŚCI. Problematykę tego typu opisuje tzw. gilotyna Hume'a. http://pl.wikipedia.org/wiki/Gilotyna_Hume%27a
Wydaje się, że ta chęć optymistycznego spojrzenia na człowieka przez pryzmat cech, z których moglibyśmy być dumni z ludzkości jako takiej lub które posiada niewielu w całości albo większość ale nie w wystarczającym stopniu mogłaby z powodzeniem znaleźć właściwe określenie językowe w słowie nadczłowiek a ogół tych cech powinien być określany jako nadczłowieczeństwo. Nie bez powodu wspomniałem o częstym używaniu słowa, o którym jest ten wywód przez Chrześcijan - im jednak trudno byłoby przyjąć to słowo do swojego słownika. Ono też ma swój historyczny wydźwięk i kontekst - dziś często pejoratywny.


Przysięgnij, że będziesz tym, kim ja być nigdy nie miałem odwagi.

Prawo karne będąc już od dłuższego czasu zachłysnięte ochroną praw człowieka, zresztą tak jak cały świat zachodni dumnie stwierdza: Gedanken sind zollfrei (dosłownie z niem. - myśli są wolne od cła), co w kontekście prawa karnego oznacza, że zamiar popełnienia przestępstwa jest niekaralny. Tymczasem, jeżeli spojrzymy na konstrukcję karalnych form popełnienia przęstępstwa: przygotowania (które co do zasady jest niekaralne, a karze podlega, kiedy ustawa tak stanowi) oraz usiłowania powinny dojść do odmiennych wniosków. Zasadniczo popełenienie przestępstwa polega na dokonaniu go, tzn. zrealizowaniu znamion popełnienia przęstępstwa, np. dokonuje przestępstwa (popełnia je) ten, kto zabił inną osobę. W tych samych granicach ustawowego zagrożenia odpowiada za przestępstwo ten, kto w zamiarze popełnienia czynu zabronionego swoim zachowaniem bezpośrednio zmierza do jego dokonania, które jednak nie następuje (usiłowanie). Z czym zatem innym mamy tutaj do czynienia jak nie z zamiarem popełnienia przestępstwa? Z uzewnętrznionym i potencjalnie niosącym bezpośrednie zagrożenie dla dobra prawnego, ale jednak tylko zamiarem, który to zamiar, według wszystkich opracowań z prawa karnego materialnego, jest niekaralny, choćby był uzewnętrzniony.
Osoba usiłująca popełnić przestepstwo nie wypełnia znamion przestępstwa (zakładając, że za wypełnienie tych znamion na potrzeby tego sporu będziemy uważali tylko spełnienie dyspozycji przepisy karnego penalizującego dane zachowanie). Penalizacja tego zachowania jest związana wyłącznie z tym, że w opinii sądu orzekającego zaistniało zagrożenie dla dobra prawnego w postaci uzewnętrznonego zamiaru. Jeśli przyjmiemy założenie racjonalnego ustawodawcy (a raczej, nazwijmy go dla uniknięcia sporów z kategorii filozofii, bo też prędzej to znaczenie - rozsądny jest tu lepsze i legło u podstaw stworzenie tego kontrfaktycznego postulatu prawodawczego) to nie możemy uznać tego rozwiązania za właściwe. Orzekanie A PRIORI o tym, że zachowanie rzekomego sprawcy doprowadziłoby do dokonania przestępstwa stoi w jawnej sprzeczności z formalnie pojętą istotą sprawiedliwości. Po drugie, do stwierdzenia usiłowania potrzebne jest stwierdzenie zamiaru, który też praktyce wydaje się być obiektywizowany nawet nie do skutku tego uzewnetrznienia (bo do zaistnienia skutku nie doszło), ale zobiektywizowane do przyjętego aprioryczne skutku, który chcąc spełnić zadośc wymaganim logiki nie może być uznany za wywnioskowany dedekucji, lecz jedynie indukcjyjnie.
Chciałem jednak wyraźnie zaznaczyć, że w mojej wypowiedzi nie oceniam słuszności penalizacji poprzedzających dokonanie form stadialnych popełnienia przestępstwa, jednak zauważam tu konieczność fałszu w przyjętym rozumowaniu i wytłumaczeniu tej koncepcji.
Niepierwotne, tak to naziwjmy, formy popełnienia przestępstwa (stadialne i współsprawcze) zostały wprowadzone w wyniku m.in. rozwoju technicznego społeczeństw i potrzeby przypisania odpowiedzialności osobom, które często według klasycznie rozumianego prawa karnego nie odpowiadałyby. Nie chcę tu stwierdzić, że w starożytności, nie karano usiłowania, ale przede wszystkim według mnie zawsze (i tak powinno być może i teraz) karane były działania umyślne a penalizowanie nieumyślności, mimo pewnej użyteczności praktycznej jest w pewnym sensie nieetyczne, jeśli za podstawę możliwości etycznej oceny uznamy świadomość działania oraz w pewnym sensie niesprawiedliwe według społecznego odczucia sprawiedliwości. Sprawa się trochę komplikuje w przypadku niezachowania należytej ostrożności. Z drugiej strony czymże jest obiektywne przypisanie odpowiedzialności za nieświadomie nieumyślnie popełniony czyn zabroniony jak nie pewnego rodzaju przypadkiem mistycznej odpowiedzialności zbiorowej?

CDN...

wtorek, 13 marca 2012


Nawiązując do poprzednich wypowiedzi dot. naturalnego konformizmu człowieka jako składnika natury należy stwierdzić paradoksalne zdanie: większy wpływ ma człowiek na innego człowieka niż na samego siebie. Ten pogląd wyraził, jeżeli się nie mylę lewicowy ideolog Charles Fourier i to drugi oprócz stwierdzenia ważkiej roli stosunków seksualnych w życiu człowieka pogląd w jego doktrynie, z którym się zgadzam (w tej drugiej kwestii wyprzedził w pewnym sensie Freuda; jak widać nawet w największym szaleństwie jest szczypta prawdy).
Człowiek jako część środowiska, w którym znajduje się inny człowiek wywiera wpływ na podświadomie  konformistycznie nastawioną osobę (z kim przystajesz, takim się stajesz), a świadome kreowanie własnej osobowości stanowi tylko niewielki ułamek konstrukcji psychicznej człowieka. Dlatego tak ważne jest przypomnienie stwierdzenia z pierwszego postu - tylko w samotności człowiek jest sobą, człowiek jest indywidualnością, która tylko wtedy może stanowić ten dumny desygnat pojęcia "człowiek".

poniedziałek, 12 marca 2012

Zastanawiając się nad koncepcjami etycznymi doszedłem do pewnego wniosku. Oprócz tego, że zasadniczo znakomita większość potępia zabójstwo, choć są pewne różnice szczegółowe. Zabójstwo można potępić z różnych punktów widzenia - społecznego, czy biologicznego (zmniejszenie populacji), ale ja spróbuję to uzasadnić z punktu widzenia logicznego (raczej w potocznym tego słowa rozumieniu, choć podstawowa teza tej teorii dałaby się chyba przy pewnych założeniach "spisać" w formie wnioskowania logicznego).
Skoro dany człowiek istnieje (niezależnie, czy wierzymy, że z przyczyny w postaci Boga, czy z innej) to zabójstwo jest prostą negacją jego istnienia, czyli sprzeciwieniem się jakieś woli, która go powołała do życia (czy choćby sprzeciwieniem się przypadkowi). Z tego fundamentalnej zasady możnaby wyciągać kolejne logiczne wnioski etyczne, m.in. dot. kradzieży jako zaprzeczeniu prawo własności.
Ale czy za negację istnienia należałoby traktować tylko przypadki bezpośredniego zamachu na ludzkie życie? W końcu - czy za to nieetyczne zachowanie możnaby uznać pośrednie ingerencje w czyjeś życie i swoje?

Logiczna koncepcja etyki?

Postępujący od końca XIX w. lub początku wieku XX upadek kulturalny związany z zyskiwaniem coraz większego posłuchu dla doktryn lewicowych wiązał się musiał również i tej dziedzinie z przetransponowaniem idei równości na grunt działalności intelektualnej człowieka. Prymat zaczęła wieść zasada przeciętności i w związku z tym tutaj również doszło do zepsucia pojęć, które w dość krótkim czasie zaczęły znaczyć coś zupełnie innego. Tzw. kultura lewicowa przyniosła ze sobą taką szkaradę jak kultura masowa, czy też sztuka masowa (nota bene, czy wyrażenie sztuka masowa nie jest nonsensem?). To co kiedyś było z definicji indywidualne teraz miało posłużyć jako rozrywka dla zmęczonego po pracy ludu robotniczego i chłopskiego. Tradycyjne funckje sztuki zostały podporządkowane rozrywce. Tak jak nie zmieniono nazwy tego typu "dziełek" i nadal dumnie mogły być nazywane dziełami, tak samo artyści oznaczali te same osoby w nomenklaturze.
Problem jednak polega na tym, że artysta a artysta to co innego! Ten nowy był w gruncie rzeczy rzemieślnikiem tworzącym produkt do konsumpcji. Wytwór ten zaczął być robiony dla ludzi tylko i osobisty związek autora z utworem coraz mniejsze zaczął mieć znaczenie. Wobec tego musimy dziś odróżnić rzemieślnika artystę, czyli artystę sensu largo od prawdziwego twórcy artysty, czyli artysty sensu stricto.

Artysta rzemieślnik COŚ TWORZY, natomiast PRAWDZIWY ARTYSTA TWORZY "COŚ"!